Zuzanna wiedziała, że nigdy, nigdzie nie znajdzie takiego szczęścia jakie przeżywała teraz.. Czuła, że przy nim jest jej miejsce na ziemi... Kochała konie... Nawet jak nie umiała jeszcze jeździć. To był jej świat.
Gdy się obudziła było jej zimno, ale ciepło konia leżącego tuż przy niej rozgrzewało ją.
- Wow...-powiedziała po cichu- nigdy nie widziałam by koń aż tak zaufał człowiekowi... to nieprawdopodobne...-była bardzo wzruszona wielkim zaufaniem i przywiązaniem konia do niej. Wtuliła się w jego średnio długą, gęstą i delikatną grzywę i zasnęła.
- To nieprawdopodobne...- powtórzyła.
Leżała tak jeszcze przez chwilę po czym wstała wyjęła z plecaka dwa jabłka i podała jedno koniowi.
- To dla ciebie maluszku... mój śliczniutki arabku. Nigdy cię nie opuszczę... Obiecuje...- po zjedzeniu "śniadania" (jeżeli tak można to nazwać) Zuzka poszła z koniem w góry. Szli wrzosowiskami i pagórkami, sami nie wiedzieli dokąd. Szli obok wielkich, sterczących skał, wyglądały bardzo dziwnie.
Doszli aż nad morze, które było położone na wschód od Finmory. Zuzanna bardzo lubiła się tam kąpać.
Chciała by tak było już zawsze : szum fal, zapach wrzosów, ona..., i Pielgrzym. Ucałowała konia w czoło i poszli dalej.
-"Jeśli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa "- zacytowała Zuzanna... i poszli dalej...
Gdy była na środku polanki na której "spotykała się" z koniem zawołała :
- Hej, koniku ! Choć do mnie !- koń przybiegł od razu i zaczął radośnie wierzgać koło dziewczynki. To był ten moment ... Ich moment ...
- Kocham cię...- wyszeptała mu do ucha gdy ten się uspokoił. Nagle usłyszała znajomy głos...
- O nie, to rodzice !- słyszała ich krzyk i widziała już jak zamykają ją za kratami więzienia w "pasiaku".- jeszcze tego brakowało!- i nagle z czystego zainteresowania zauważyła, że jej mama naprawdę bardzo szybko biega, była już tak około 20 metrów od niej kiedy Zuzka zorientowała się, że musi coś zrobić bo ją dopadnie...
- No Pielgrzymie... Nadszedł ten dzień...- po czym szybko wskoczyła na niego. Był bardzo zdziwiony obecnością dziewczynki na swoim grzbiecie, ale nie próbował jej zrzucić, nawet nie chciał. Popędziła konia na wrzosowiska ... Biegli dzikim cwałem... Dziewczynka nie słyszała już krzyków rodziców, tylko wiatr szeleszczący między liśćmi... i ten jakże znajomy... tętent kopyt. Jego rozwiana grzywa i ogon... i ta aksamitna sierść dawały jej uczucie... swobody. Nie, to nie to... Dawały jej uczucie... dzikiej wolności... Tak, dzikiej, beztroskiej, pięknej i nieujarzmionej wolności...
- "Największe szczęście na świecie, leży na końskim grzbiecie " !!!- wołała beztrosko. Spełniło się jej najpiękniejsze marzenie.
Jego grzywa rozwiewała się na wszystkie strony, a jego ogon, ach, ... ten jego ogon... Nie ma słów! Przyspieszył do cwału... Dziewczynka była zachwycona! Gdy podbiegł Zuza dała mu smakołyk, nie bał się jej już... Noooo, może trochę, ale podchodził, a to było najważniejsze.
- Może wkrótce dasz mi się pogłaskać...-mówiła do konia dziewczynka.- Gdybyś był moim koniem miałbyś u mnie jak w raju...( Zuzanna obok swojego domu miała małą nie wyremontowaną stajnie)Nie dam ojcu zrobić ze stajni magazyn. Nie bój się nie długo będziesz mój... A teraz proszę, daj mi się pogłaskać...- wyciągnęła rękę do Pielgrzyma, ale ten uniósł wyżej głowę nie pozwalając się dotknąć, jakby mówił "jeszcze nie teraz"...Nagle ni stąd, ni zowąd zaczął padać biały śnieg, po pół godzinie były już jego duże zaspy. Dziewczynka i koń zaczęli po nim skakać!
Zuzia zgasiła latarkę bo od śniegu zrobiło się bardzo jasno. Koń i podłoże zlewały się w jedną bryłę lodu... Było cudownie, ale Pielgrzym nadal nie dawał się dotknąć. Po udanej wycieczce Zuzanna pożegnała się z koniem i wspięła się po linie do swojego pokoju. "To była piękna noc... " pomyślała.
- Chciałabym, żeby tak było codziennie... - Powiedziała sama do siebie po czym zasnęła błogim snem...
Wstała wczesnym popołudniem. Wszyscy zdążyli już zjeść śniadanie i wyjść do pracy. Zuzia nie mogła chodzić do normalnej szkoły, ponieważ znajdowała się ona 30 kilometrów od jej miejsca zamieszkania, a do takiej małej wioski nie przyjeżdżał żaden autobus. Pan i pani Homers* "załatwili" więc Zuzi prywatnego nauczyciela, lecz ten się rozchorował i Zuzka mogła wreszcie odpocząć od nauki.
- Poniedziałek bez wyrażeń arytmetycznych ! Super !- krzyczała dziewczynka po przeczytaniu "liściku" od rodziców dotyczącego choroby pani Chocimskiej. - Chwila... jeżeli pani Chocimska nie przyjedzie... to znaczy, że ... , że jestem sama w domu !!! Jestem sama w domu do 17.00 !Co znaczy, że mogę iść do Pielgrzyma !!!- szybko spakowała suchy chleb i marchew do torby, zamknęła drzwi i pobiegła na wrzosowiska...
To była policja. Zuzia była bardzo niezadowolona z faktu, że Pielgrzym uciekł. Zdążyłaby jeszcze pobiec za nim ale wiedziała, że to się nie uda, bo radiowóz cały czas pędził by za nią po wrzosowiskach i mogłaby utracić tę cienką niteczkę zaufania konia do siebie.
- Gdzie ty się podziewałaś ?! Martwiliśmy się o ciebie ! Pani McLuis nam wszystko opowiedziała ! - krzyczała gniewnym tonem pani Alicja, mama Zuzanny.
- W domu sobie pogadamy młoda damo! - powiedział pan Robert.
- Ale, tato !!!- krzyczała Zuzia, lecz matka złapała ją silnie za ramię i wciągnęła do wozu policyjnego. Dziewczynka była bardzo smutna, a łzy ciekły jej po policzkach. Chuchnęła na szybę samochodu i napisała na niej : PIELGRZYM <3.
Gdy byli już w domu pani Alicja zaczęła krzyczeć na Zuzkę i dała jej karę przez ROK nie można jej było nawet spojrzeć na konie, bo przeprowadzą się z powrotem do Stopeville ( kiedyś tam mieszała dziewczynka z rodziną ). Zuzia wiedziała, że mama tylko ją straszy, bo tamten dom (dom - mieszkanie ) już sprzedali, ale udawała, że jest bardzo zmartwiona bo jej matka w końcu mogła dać jej inną karę np.: Za patrzenie na konia 10 $ , to by była draka ! Po "kazaniu" rodziców dziewczynka pobiegła do swojego pokoju, zatrzasnęła drzwi na klucz i stanęła w oknie.
- Nigdy nie zobaczę już Pielgrzyma !- mówiła sama do siebie...Jej okno było od zachodniej strony domu więc miała widok na wrzosowiska, stała przy oknie 2 godziny i w końcu zobaczyła coś białego szybko pędzącego w stronę jej domu ... Nie mogła uwierzyć własnym oczom... TO PIELGRZYM !
Jak najszybciej popędziła do biurka po kawałek jabłka, otworzyła okno i zaczęła nawoływać jak najciszej :
- Pielgrzymie, jednak przyszedłeś ! Choć podejdź do ściany. Dam ci nagrodę !- z jego strony padło ciepłe, końskie rżenie. Zuzia rzuciła mu przez okno kawałek jabłka i patrzyła jak koń wyciąga szyje i je zjada. To była magiczna chwila, Zuzanna chciała by trwała wiecznie... Postanowiła, że dziś jak rodzice zasnął wymknie się do konia i wróci przed ich "pobudką".
Gdy rodzice zasnęli wzięła torbę wypakowaną po brzegi przysmakami i sięgnęła po latarkę, która leżała na biurku. Zamknęła się na klucz od środka ( jeszcze raz bo mama wieczorem robiła inspekcję czy Zuzia czegoś nie kombinuje ), otworzyła okno, przywiązała sznur do stalowej i na tyle mocnej framugi by "uniosła" dziewczynkę i wyskoczyła przez okno. Wyszła na otwartą przestrzeń wrzosowisk... Było bardzo ciemno więc zapaliła latarkę.
- Koniku, koniku to ja !- wołała Zuzia . Pielgrzym zauważył ją i biegł do niej przez plażę...
Dziewczynka czuła w duchu, że dobrze postąpiła. Chciała podbiec do konia i go przytulić, lecz grubas zaczął za nią biec z drugim batem. Wtem koń zagrodził łysemu drogę i staną dęba.
Dziewczynka nie wiedziała co się dzieje, bo gdy się obróciła miała przed oczami tylko dziki i rozwiany ogon konia... Nagle zobaczyła ją jej sąsiadka, pani McLuis.
- Dziecko co ty tam robisz ?! Wyłaź natychmiast, dzwonię do twoich rodziców !-krzyczała.
- Nie, nie, proszę tego nie robić - prosiła dziewczynka bezskutecznie.
- Bez gadania... - powiedziała pani McLuis wstukując w klawiaturę numer do rodziców Zuzanny . Zuzia korzystając z nieuwagi jej sąsiadki pobiegła z powrotem do zagrody, ale konia już tam nie było...
- Ucieka !Ucieka na wrzosowiska !- krzyczeli przechodnie.
Zuzanna wiedziała co musi zrobić... Pobiegła za nim. Nie była tak szybka jak on, ale była wytrzymała, a wiedziała, że on tez się w końcu zmęczy. Biegała za nim po całych wrzosowiskach, niestety na próżno. Chciała wrócić do domu i ogrzać się przy kominku, ale jak miała to zrobić jeżeli nie wie gdzie jest i nie może go tak zostawić. Miała dość, nogi bolały ją niemiłosiernie, a po koniu ani śladu. Lecz nagle pomyślała " Jak on miał na imię??? No przypomnij sobie Zuzia! Ach, tak, Pielgrzym !!!"
- Pielgrzym !!! Pielgrzym, choć do mnie !!! Nie bój się nic złego ci nie zrobię ! Pielgrzym !!!- Dziewczynka wołała na próżno, konia ani widu, ani słychu... Usiadła na ziemi i zaczęła płakać, może z wycieczenia, a może dla tego, że nigdy go już nie zobaczy... Była na siebie okropnie zła ... ale za co ? Za to, że próbowała ratować swoje marzenie, na którym tak jej zależało ? Za to, że złamała bat, który tak bardzo ranił konia, że teraz ze strachu boi się do niej podejść ? Była i psychicznie i fizycznie wykończona ... Położyła się na trawie i zasnęła ...
Gdy wstała rano zobaczyła go ! Tak blisko siebie... Nie zorientował się, że dziewczynka już wstała, więc nie uciekał ...
Zuzia przyglądała się jego rysom. Był smukły i delikatny. a zarazem silny i wyniosły. Zuzanna wstała powoli z ziemi, a koń podniósł głowę, nie uciekał... Wyjęła z kieszeni marchewkę i położyła ją na otwartą dłoń.
- Pielgrzym ... Choć, nic ci nie zrobię... Pielgrzym ... - mówiła szeptem by go nie wystraszyć...Koń postawił jeden niepewny krok w stronę dziewczynki, potem drugi, trzeci i czwarty. Wyciągną swoją piękną, lecz lekko poranioną szyję i tak by nawet nie dotykać Zuzi ani nawet nie być blisko niej Chwycił szybko marchewkę i pogalopował 4 metry od dziewczynki ... Zjadł przysmak i popatrzył wiernie w stronę dziewczynki, lecz nie podchodził...
- Sorki, nie mam więcej... - Powiedziała Zuzka. Nagle ciszę przerwał dzwięk syren policyjnych, koń się wypłoszył, a dziewczynka ze strachu aż "podskoczyła"...
Zuzanna wstała z łóżka w błogim nastroju. Cieszyła się z tego, że jaj rodzina przeprowadziła się do Finmory, małej wioski w Szkocji, która leży między górami, a morzem. Wcześniej o takim szczęściu mogła tylko pomarzyć ... Zbiegła po schodach na parter wielkiego domu położonego przy morzu, na wrzosowiskach , właśnie była jesień, a każdy wie, że nie ma nic piękniejszego od zapachu jesiennych wrzosów.
- Cześć, wstałaś tak wcześnie ?-jej mama nie była przyzwyczajona do tego, że jej córka nie leżała jeszcze w łóżku.
- Nie pamiętasz, że dziś jest wielki targ koni w Glenbost ?-odrzekła ze zdziwieniem dziewczynka.
- Ty i te twoje konie ... Umiesz już jeździć jeszcze ci mało ?
- Nie przesadzaj mamo ...!
- Ja przesadzam ?!- odkrzyknęła Zuzi mama.
- Nie, ksiądz !-odpowiedziała z coraz bardziej rosnącym zdenerwowaniem Zuzka.Wtem do kuchni wszedł ojciec dziewczynki.
- Ooo, słyszę, że muszę interweniować.-powiedział z uśmiechem na twarzy pan Robert.- bo zaraz mi się tu pogryziecie!
- Ona znowu o tych koniach!- przerwała ojcu matka.
- Jak będę chciała to będę mówiła o koniach !- krzyknęła już bardzo rozzłoszczona Zuzia, po czym wzięła z talerza ostatnią kromkę kanapki z dżemem i pobiegła po schodach do swojego pokoju. Miała ich serdecznie dość chciałaby wreszcie spełnić swoje marzenie, czyli posiadanie własnego konia. Zawsze marzyła o tym przed snem, o białym jak śnieg ogierze arabskim... Dokończyła kanapkę ubrała swoje potargane jeansy i bluzę, po czym wzięła torbę ze wszystkimi swoimi oszczędnościami i pobiegła na autobus. Znowu ( jak co roku ) liczyła na to, że kupi konia, lecz wiedziała, że na jej wymarzonego nigdy jej nie starczy... Gdy była na targu "przeglądała" konie i ich ceny. "Nawet na starego muła mi nie starczy" pomyślała z rozgoryczeniem dziewczynka. I wtedy zobaczyła GO ... Stał w oddzielnej zagrodzie z wysoko podniesioną głową, rozdętymi chrapami i postawionym n sztorc ogonem... To był śnieżno-biały ogier arabski. Dziewczynce aż zakręciło się w głowie, nie wierzyła w to co widziała... "To naprawdę on - koń z mojego snu !!!". Przepychała się między ludźmi tylko by zobaczyć jego czarne, lśniące, głębokie oczy ... Gdy podeszła do zagrody coś było nie tak... te blizny, zapadnięte boki i krew spływająca po szyi, a obok taki gruby-łysy, trzymający bat ... Bat cały we krwi ... dziewczynka patrzyła jak grubas bije konia i pozostawia krwawe ślady na jego aksamitnej sierści ... Nie mogła tak stać i przyglądać się jak jej "marzenie" cierpi ... natychmiast przeskoczyła przez płot oddzielający "łączkę'' jak to mówił grubas od dróżki, którą wydeptali przechodnie " jak takie coś można nazwać łączką to ja jestem święta " pomyślała Zuzanna. Gdy była juz po drugiej stronie podbiegła do łysego i złamała bat, a potem rzuciła go na ziemię i podeptała.
- Co ona robi ?! - krzyczeli "kupcy"
Podoba się wam ;) Jeśli chcecie piszcie komcie :)))
Cześć, jestem Wiktoria. Wiem co sobie pomyślicie ukradłam konto, nie to konto mojej cioci, którego już nie używa :) . Tak, więc na tym blogu będę pisać swoją książkę p.t :Letnia Przygoda .Książka będzie o dziewczynce i o jej koniu, który nazywa się Pielgrzym. Mam dopiero 12 lat lecz chcę rozwijać swój " talent ( ;P )" pisarski . Kocham konie to moje ulubione zwierzęta, tak samo jak koty :) .Mam jednego kota i nazywa się Mizia kiedyś pisałam o niej bloga ale go usunęłam bo nie było komciów :( .Teraz to nie ważne czy ktoś mnie odwiedza czy nie, ponieważ piszę dla siebie, lecz jeżeli ktoś chcę to może czytać :) . Jeżeli macie jakieś zastrzeżenia dotyczące zbieżności niektórych osób piszcie śmiało :3 .Zaraz ( w kolejnym poście ) napiszę pierwszy rozdział . A oto koń :
przykładowy obrazek z neta - Piękny Arab
A dziewczynkę wyobraźcie sobie sami :P:
-Brązowe włosy,
-Zielone oczy,
-Wysoka,
-Lekko przy kości :P,
-Wieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeelka koniara :)